24.08 – 31.08.2014

Opfergang – śląska tradycja czy przeżytek

Coraz rzadziej i coraz nie chętniej chodzimy w naszych kościołach na tzw. opfergang, czyli w procesji na ofiarę. Choć w naszym kościele znikł już zwyczaj obchodzenia ołtarza głównego podczas ofiarowania (teraz chodzimy do stopnia prezbiterium) to nie znaczy, że znikła przy tym sama tradycja. Czy świadczy to o nas dobrze? Zapraszam do wspólnej refleksji.

Opfergang, to tradycja typowo śląska. Podczas kiedy kapłan przygotowuje dary ofiarne – chleb i wino, które za chwilę, odmawiając modlitwę eucharystyczną ze słowami ustanowienia, przemieni w Ciało i Krew Chrystusa – wierni procesyjnie obchodzą ołtarz. Przechodząc obok ołtarza, składają do skarbony czy koszyka swoje datki.

Chodzi o pieniądze? Opfergang nawiązuje do liturgii Kościoła pierwotnego. W jej trakcie, po zakończonej liturgii słowa, przynoszono do ołtarza dary. Były to dary konkretne: żywność, produkty naturalne, rozmaite towary, odzież, sprzęty, a także konieczne do eucharystii chleb i wino.
Kapłan wszystko to, co składali wierni przyjmował. Po czym obmywał zbrudzone ręce – w formie zredukowanej obrzęd ten przetrwał po dziś dzień – i kontynuował mszę. Zgromadzone w ten sposób dobra dzielił potem między potrzebujących. Sam również z nich korzystał.

Jaka jest wymowa opfergangu? Złośliwi powiedzą, że chodzi wyłącznie o pieniądze. Że to niby druga kolekta lub tzw. taca – inaczej nazwana i w innej formie. Owszem, o pieniądze też chodzi. Swego czasu przeznaczane były m.in. na posiłki dla biednych i farską kuchnię. Aczkolwiek w opfergangu nie o pieniądze przede wszystkim idzie.

Obchód, który jest ofiarą cóż zatem wyraża? Jakie jest jego znaczenie? Zwróćmy wpierw uwagę na źródłosłów tego terminu. Pochodzi z języka niemieckiego: od das Opfer – ofiara i der Gang – chód, krok, korytarz, przejście. Słowo to tłumaczyć by więc można jako przejście ofiarnicze. Z kolei część mszy, w czasie której obchodzi się ołtarz, nazywa się w rycie trydenckim offertorium, co znaczy ofiarowanie.

Zaznaczyć wreszcie trzeba, że i sama eucharystia jest ucztą – ucztą ofiarną. Aktualizuje tę jedną i jedyną ofiarę, jaką za nasze grzechy złożył na krzyżu Jezus Chrystus. Nie jest nową ofiarą Syna Bożego, ale bezkrwawo uobecnia Jego niepowtarzalną ofiarę. W liturgii bowiem czas nie istnieje – przeszłość jest teraźniejszością.

Wynika z tych uwag, że nieodzownym elementem opfergangu jest ofiara. Najpierw ofiara materialna. Ma ona jednak być skonkretyzowaniem postawy duchowej. To w kształtowaniu, pielęgnowaniu tej postawy właśnie pomóc ma obchodzenie ołtarza. Taka jest podstawowa jego funkcja.

Kiedy idziemy „na ofiarę”, kładziemy nasze serce – tzn. całych siebie wraz z naszymi sprawami, naszymi radościami i problemami – na ołtarzu, obok pateny z chlebem i kielicha z winem. Po co? Aby dobry Bóg przyjął je jako nasz najcenniejszy i najszczerszy dar. Aby je pobłogosławił, uświęcił i wydoskonalił. Sobie na chwałę, a nam na pożytek, na umocnienie, na pokrzepienie.

W pewnej mierze kondensuje się w opfergangu pobożność eucharystyczna. Obchodzimy ołtarz, bo tak każe nam wiara. Składamy siebie w ofierze. Jak na ołtarzu składa siebie w ofierze Chrystus.
Odtąd chcemy żyć „dla”. Nie dla siebie, ale dla Boga i dla drugiego człowieka. Albo – lepiej – dla Boga w drugim człowieku. Dla drugiego człowieka, w którym przychodzi do nas Bóg.

Odtąd chcemy żyć jak Chrystus. Znaczy to, że ustawicznie chcemy rezygnować z siebie, by ciągle móc siebie dawać: „Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to jest Ciało Moje…”. Znaczy to, że chcemy krzyżować siebie, aby inni mieli życie: „Jeżeli ziarno (…) nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”. Znaczy to, że całkowicie chcemy podporządkować się Bożej woli: „Nie jak Ja, Ojcze, ale jak Ty chcesz…”.

W końcu opfergang jest również radosnym uwielbieniem i dziękczynieniem. W myśl słów psalmisty: „I obchodzę Twój ołtarz, Panie, by obwieszczać głośno chwałę i rozpowiadać wszystkie Twoje cuda”; „I przystąpię do ołtarza Bożego, do Boga, który jest moim weselem”.

W raciborskiem – i najprawdopodobniej tylko w raciborskiem – istniał ponadto zwyczaj, że na opfergang szło się ze świecami. W ten sposób wzmacniano jego symbolikę. Dlaczego? Ponieważ paląca się i w konsekwencji spalająca się świeca od zawsze ilustruje wiarę. Wiara przecież daje światło, wiara prowadzi w ciemności. Jakkolwiek jest spalaniem się, jest ofiarą.

Opfergang ze świecami podkreślał także związek liturgii współczesnej z liturgią średniowieczną. Uwypuklał liturgiczną kontynuację. Jako że jednym z darów składanych w wiekach średnich przy ołtarzu – przy wyjątkowych okazjach, takich jak ślub czy odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych – były świece, od mniej więcej XI stulecia niezbędne w kościelnych celebrach.

Najpewniej ze względów praktycznych i technicznych (trzeba było gdzieś te świece trzymać, potrzebny był w związku z tym jakiś stojak względnie wózek, wierni niesprawnie, zbyt wolno przekazywali sobie świece, wosk kapał na posadzkę itp.) zrezygnowano ze świec przy obejściu ołtarza. Chociaż nie od razu. Był czas przejściowy, kiedy – w imieniu niejako całej wspólnoty – świeczkę niósł mężczyzna idący na czele procesji.

Szkoda, że zwyczaj obchodzenia ołtarza ze świecami znikł z naszych kościołów. Szkoda tym bardziej, że było to coś charakterystycznego dla Raciborszczyzny – i najprawdopodobniej tylko dla Raciborszczyzny. Znów zwyciężył pragmatyzm. Niestety. Bo gdzie jak gdzie, ale bez wątpienia na liturgii można sobie na niepraktyczność pozwolić.

W wielu regionach Śląska przyjął się także zwyczaj, że procesja ofiarna zebranych w kościele wiernych ma ściśle określoną kolejność. Najpierw idą mężczyźni i młodzież męska zgromadzona w kościele, a potem kobiety i dziewczęta. To także piękna procesja, która dziś wielu może wprawiać w zdumienie, ale jest jednak przejawem wielowiekowej tradycji naszych ziem.

W naszej parafii nie tak dawno jeszcze na tzw. ofiarę szli nie tylko ci, za których jest odprawiana intencja mszalna, ale większa część zgromadzonych w kościele (krewnych, znajomych, sąsiadów, itp.). Dziś na opfergang nie chcą chodzić nawet ci pierwsi. Coś tutaj nie gra.

Większość z nas pamięta, że jeszcze kilkanaście lat temu podczas Mszy św. odprawianej za parafian, na ofiarę szli wszyscy zgromadzeni na tej właśnie Eucharystii w kościele wierni. Podobnie było na Mszach św. szkolnych. Wszystkie dzieci podczas ofiarowania szły na ofiarę, wrzucając do skarbonki otrzymane od rodziców drobne. Tu nie chodziło o to co niosą i ile, ale to był przykład kultywowania zwyczajów swoich rodziców i dziadków i uczenia się zachowań w kościele podczas Eucharystii.

Jako chrześcijanie powołani jesteśmy do tego, żeby ustawicznie się ofiarowywać. Mamy naśladować w tym Chrystusa. On także został ofiarowany (w świątyni). On także sam się ofiarował (na krzyżu).
Niech naszą duchowością będzie duchowość ofiary. Zabiegajmy o to, byśmy byli ludźmi ofiarnymi. Skorymi do składania ofiary – ofiary z siebie.

Andriej Tarkowski wyreżyserował w 1986 roku wspaniały film. Opowiada o zmaganiach z wiarą 50-letniego ateistycznego pisarza i psychologa. Obraz kończy się pożarem, w którym targany wątpliwościami intelektualista traci wszystko – dom i cały dobytek. Produkcja nosi znamienny tytuł: Ofiarowanie (Sacrificatio). Tytuł ten wiele wyjaśnia. Aleksander niczego nie traci. Wszystko, co ma składa w ofierze.

Bóg zachęca nas do tego, byśmy Mu ofiarowali wszystko. Jak Aleksander. Jak Jezus. Nic na tym nie stracimy. Zyskamy natomiast wszystko. Wszystko.

Może coraz nie chętniej chodzimy na opfergang, bo coraz trudniej przychodzi nam takie ofiarne życie? Módlmy się więc żarliwie, aby Bóg uczynił nasze serca skorymi do ofiary. Ofiary radosnej i wielkodusznej.